Podróż jako choroba nieuleczalna

W moim cyklu postów o wybitnych Polakach rozmawialiśmy już o przedstawicielach kina, teatru, muzyki, a nawet mody. Dziś przyszła kolej na człowieka pióra. Mój dzisiejszy tekst będzie swojego rodzaju osobistym hołdem, który pragnę złożyć jednemu z najwybitniejszych – w mojej opinii – pisarzy polskich XX wieku. Ryszard Kapuściński jest dość często nazywany dziennikarzem, ale to słowo kojarzy mi się przede wszystkim z ludźmi śledzącymi różne skandale i intrygi, o których później – opatrzonych odpowiednio sensacyjnymi nagłówkami – możemy przeczytać w tabloidach, prasie plotkarskiej lub internecie. Kapuściński natomiast był reportażystą. Autor „Cesarza” zyskał sobie tytuł, nomen omen, cesarza reportażu. Poza tym – co moim zdaniem jest w jego postaci najistotniejsze – był on prawdziwym humanistą. Mam tu na myśli nie potoczne znaczenie tego słowa jako niemal antonim słowa „matematyk” czy „umysł ścisły”, a odwołuję się tutaj do pierwotnej idei humanizmu, który w centrum swoich zainteresowań stawia człowieka. Kapuściński otaczał jednostkę ludzką głębokim, autentycznym szacunkiem wiele lat wcześniej, niż w Polsce w ogóle zaczęto mówić o inkluzji i równości. Jednocześnie był on bardzo wnikliwym obserwatorem. Wszystko, co widział, wszystko, o czym czytał, odnosił do znanej sobie rzeczywistości, tworząc tym samym niesamowite paralele. Alegoria – oto jego podstawowe narzędzie, niezwykle skuteczne w czasach jego młodości – epoce reżimu stalinowskiego.

Urodzony w 1932 roku, świetnie pamiętał wojnę. Jego ojciec, Józef dostał się we wrześniu 1939 roku do niewoli radzieckiej i wraz z kolumną polskich więźniów był wieziony na Smoleńsk. Całkiem prawdopodobne, że dołączyłby do tych ponad 20 tysięcy żołnierzy polskich rozstrzelanych z rozkazu Stalina w lasach katyńskich pod Smoleńskiem, do którego go zabrano. Jednak Józefowi i kilku jego kolegom udało się uciec. Następnie wraz z rodziną pojechał w głąb niemieckiej strefy okupacyjnej, bo nawet pod panowaniem faszystów było dla nich bezpieczniej, niż w strefie radzieckiej, gdzie w razie demaskacji całej rodzinie groziła niechybna śmierć. Kapuścińscy mieszkali wtedy we wsiach w Puszczy Kampinoskiej, a po zakończeniu wojny przyjechali do Warszawy. Tam Ryszard w 1950 roku poszedł na studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Uniwersytety przypominały dość mocno średniowieczne szkoły, bowiem w powojennej Polsce nie było pieniędzy na druk książek, a studenci nie mieli środków na ich zakup, więc jedynym źródłem wiedzy były wtedy notatki robione skrzętnie w czasie wykładów.

Po ukończeniu studiów w 1955 roku Kapuściński podjął pracę reportażysty w redakcji „Sztandaru Młodych”, skąd w 1956 roku został wysłany w pierwszą prawdziwie daleką podróż do Indii. Redaktor naczelna, która poinformowała go o tej decyzji, dała mu na drogę świeżo wydany opasły tom „Dziejów” Herodota, napisany ponad 400 lat przed naszą erą. W pewnym sensie można powiedzieć, że książka ta odcisnęła ogromne piętno na dalszej karierze i pisarskiej stylistyce Kapuścińskiego. Swoje „relacje” z Herodotem na przestrzeni wielu lat opisał on w swojej fenomenalnej książce „Podróże z Herodotem”. Jest to po części tekst o sztuce podróżowania, po części streszczenie niektórych fragmentów „Dziejów”, po części spowiedź ze swoich trudnych początków pracy reportera. Trudnych zwłaszcza dla osoby, która wyjechała w daleki świat z PRL-u, rzeczywistości dość hermetycznej, pełnej niedopowiedzeń, zakazów i strachu. Dziś jest to niemal nie do wyobrażenia: człowiek marzył o tym, by przekroczyć granicę, był szalenie ciekaw, jakie to uczucie! Obecnie nawet nie musimy mieć paszportu, by wyjechać do dowolnego kraju Unii. Sam fakt przekroczenia granicy można nawet przegapić, jeśli nie zwrócimy uwagi na odpowiedni znak drogowy! Nie ma już szlabanów, budek celników i Straży Granicznej, nerwowego sprawdzania dokumentów i weryfikacji naszej twarzy z tą na małym zdjęciu. Nie ma kolejek, stuku pieczątek i pytań: skąd pan jedzie? Dokąd? W jakim celu? Na jak długo? Na czyje zaproszenie? Nasza swoboda poruszania się uprościła cały proces i dziś możemy go sobie przypomnieć tylko przy podróżowaniu do takich krajów, jak Rosja, Białoruś czy na przykład Chiny.

Dla Kapuścińskiego sam fakt przekroczenia granicy był więc całą przygodą i długo wyczekiwanym przeżyciem. A czym dopiero było zetknięcie z odmienną bogatą kulturą Indii! Osobiście niezwykle imponuje mi to, z jaką pokorą i szczerością Kapuściński pisze o swoim braku przygotowania do podróży. Brak ten wynikał z obiektywnej małości źródeł – wszak był dopiero rok 1956! Jednak Kapuściński nie szuka wymówek i winnych, a pisze otwarcie:

Indie były moim pierwszym spotkaniem z innością, odkryciem nowego świata. To spotkanie nadzwyczajne, fascynujące, było jednocześnie wielką lekcją pokory. Tak, świat uczy pokory. Bo wróciłem z tej podróży zawstydzony swoją niewiedzą, nieoczytaniem, ignorancją. (1)

Wysnuwa też – moim zdaniem – najpoprawniejsze z możliwych wniosków:

Przekonałem się, że inna kultura nie odsłoni nam swoich tajemnic na proste skinienie ręki i że do spotkania z nią trzeba się długo i solidnie przygotowywać. (…) Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego, jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.(2)

Podróż jako nieuleczalna choroba – czyż nie jest to fenomenalna metafora?! Rzeczywiście trudno sobie wyobrazić kogoś, kto podróżuje często i nie znosi tej czynności. Podróż to permanentne poszukiwanie nieznanych kierunków, czegoś nowego, innego, ekscytującego. I jest to tak pochłaniające i intensywne uczucie, że można je faktycznie porównać do choroby zakaźnej. W jednym z esejów, zastanawiając się ponownie nad sensem podróży, Kapuściński robi ważne uściślenie:

Mówiąc o podróży, nie mam oczywiście na myśli turystycznej przygody. W naszym reporterskim rozumieniu, podróż to wyzwanie i wysiłek, mozół i poświęcenie, trudne zadanie, ambitny projekt do wykonania. (3)

Nie mówimy więc o masowych wyjazdach na zasadzie all inclusive, o siedzeniu pod palmą z koktajlem i o robieniu sobie selfie. Mówimy o podróży intelektualnej, która rzuca wyzwanie naszym przyzwyczajeniom i stereotypom, które bierzemy za pewnik, w imię odkrycia głębszej prawdy o świecie i o sobie samym.

„Dzieje” Herodota stały się z czasem nieodłączną książką Kapuścińskiego, z którą jeździł na wszystkie wyprawy. Od Greka uczył się wnikliwości analizy świata. Jego opowieści o świecie starożytnym przekonały go o tym, jak mocnym i ważnym zabiegiem stylistycznym jest alegoria. Wtedy pojął też, dlaczego „Dzieje” zostały wydane w Polsce dopiero w 1955, chociaż były gotowe do druku już w 1951: reżim stalinowski też rozumiał siłę alegorii, a kronika Herodota roi się od historii o upadkach tyranów, o bratobójczych walkach i zgubnych decyzjach strategicznych podjętych pod wpływem pychy i megalomanii. Oto na przykład z „Dziejów” dowiadujemy się, że kiedy Kserkses, król Persów, postanowił wyruszyć na Ateny i zawładnąć całą Grecją, powiedział na zgromadzeniu najznakomitszych Persów:

nie spocznę, aż zdobędę i spalę Ateny… a jeżeli pokonam je i ich sąsiadów, sprawię, że perskie terytoria będą graniczyć tylko z niebem, (…) tak że słońce nie będzie oświetlać żadnego kraju, który by nie był naszym… (…) nie pozostanie żadne miasto, żaden lud na świecie, który by zdołał wdać się w bój przeciw nam… w ten sposób zarówno winni wobec nas, jak i niewinni będą dźwigać jarzmo niewoli. (4)

Nikt z Persów nie zdecydował się zaoponować. Dlaczego? Bo, jak twierdzi Kapuściński,

choć są oni tak ważni i wpływowi, choć stanowią elitę elit, wiedzą jednak, że żyją w państwie autorytarnym i despotycznym i że wystarczy jeden ruch Kserksesa, aby każdemu z nich spadła głowa. Siedzą więc wystraszeni i ocierają pot z czoła. Boją się odezwać. Nastrój musi przypominać atmosferę posiedzeń Biura Politycznego, którym przewodniczy Stalin – ta sama stawka, którą jest nie tylko kariera, lecz i życie”. (5)

Zadziwiające i wręcz przerażające jest to, jak aktualna jest ta alegoria i dzisiaj. Jest to ten sam strach, który widzieliśmy w oczach współpracowników Putina, gdy ten ogłaszał początek bratobójczej wojny z Ukrainą. Tyrania i strach idą w parze od zarania dziejów.

Zrozumiawszy znaczenie alegorii, Kapuściński zaczął ją aktywnie wykorzystywać we własnych reportażach w latach, kiedy w Polsce o wielu rzeczach nadal nie wolno było mówić otwarcie. „Cesarza”, jedną z najlepszych i najwyżej ocenionych książek Kapuścińskiego, opowiadającą o upadku autorytarnego cesarza Hajle Syllasje I w Etiopii wielu Polaków odczytywało jako zjadliwą alegorię rządów Edwarda Gierka.

Nie tylko alegorie Kapuścińskiego zapadają w pamięć. Niezwykle sugestywnie działają na mnie również jego opisy. W odróżnieniu od wielu innych reportażystów, Kapuściński nie poprzestaje na przedstawieniu rzeczywistości, którą widzi tu i teraz, a analizuje dogłębnie to, co za nią stoi. Oto na przykład w zbiorze reportaży pod tytułem „Imperium” opisuje, jak na granicy ZSRR widzi drut kolczasty. Jest to obraz dość znany, wręcz oczywisty (symbol przemocy i kontroli, bardzo pasujący do totalitarnego reżimu, który zbudował GUŁAG), ale Kapuściński przechodzi do szerszej refleksji o całej powierzchni Imperium, która wynosi

ponad 22 miliony kilometrów kwadratowych, a jego lądowe granice są dłuższe niż równik i ciągną się przez 42 tysiące kilometrów.

Zważywszy, że gdzie tylko jest to technicznie możliwe granice te były i są grodzone gęstymi płotami drutu kolczastego (widziałem takie zapory na granicach z Polską, Chinami i Iranem) i że drut ten z powodu fatalnego klimatu szybko niszczy się, więc trzeba go często wymieniać setkami, ba, tysiącami kilometrów, można przyjąć, że znaczna część radzieckiej metalurgii to przemysł wytwarzający drut kolczasty. Bo przecież rzecz nie kończy się na drutowaniu granic! Ileż tysięcy kilometrów drutu zużyto na ogrodzenie archipelagu GUŁAG? Owych setek obozów, punktów etapowych i więzień rozrzuconych na terytorium całego Imperium! Ileż następnych tysięcy kilometrów pochłonęło drutowanie poligonów artyleryjskich, czołgowych i atomowych? A drutowanie koszar? A wszelkich magazynów?

Jeżeli to wszystko pomnożyć przez lata istnienia władzy sowieckiej, łatwo będzie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w sklepach Smoleńska czy Omska nie można kupić ani motyki, ani młotka, nie mówiąc już o nożu czy łyżeczce: na wytworzenie tych rzecz nie było surowca, surowiec zużyto na produkcję drutu kolczastego. (6)

Ileż ironii, a jednocześnie prawdy jest w tym obrazie! Oto zwykły drut kolczasty, który widzieliśmy na dziesiątkach różnych zdjęć urasta do samoistnego bytu, z własnym znaczeniem i przeznaczeniem. Obiekt-symbol.

W tej samej książce Kapuściński pisze o cerkwi Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, najwspanialszej, najbogatszej i najpiękniejszej cerkwi, jaką świat widział. Budowano ją nieprzerwanie przez 45 lat, po to tylko, aby po 48 latach jej istnienia Stalin wydał rozkaz zburzenia tego symbolu caratu i prawosławia. I Kapuściński znowu daje bardzo trafny i niezwykle głęboki komentarz do tego działania:

Stalin poleca zburzyć największy obiekt sakralny w Moskwie. Dajmy na chwilę pole naszej wyobraźni. Jest rok 1931. Wyobraźmy sobie, że Mussolini, który w tym czasie rządzi Włochami, poleca zburzyć w Rzymie Bazylikę Świętego Piotra. Wyobraźmy sobie, że Paul Doumer, który jest w tym czasie prezydentem Francji, poleca zburzyć w Paryżu Katedrę Notre Dame. Wyobraźmy sobie, że Marszałek Piłsudski poleca zburzyć w Częstochowie Klasztor Jasnogórski.
Czy możemy sobie coś takiego wyobrazić?
Nie. (7)

Jest to oczywiste, że decyzja Stalina była zbrodnią wobec kultury. Wiadomo, że i ona blednie w porównaniu z milionami zbrodni wobec ludzkości, ale historycy kultury pamiętają tę decyzję i żadna nowo wybudowana cerkiew nie jest w stanie zastąpić tego autentycznego przepychu, który panował w pierwowzorze. Ale porównania Kapuścińskiego bardzo dobitnie pokazują jeszcze coś: skalę bezkarności Stalina, rozmach jego wszechwładzy i absolutne przekonanie o tym, że nikt mu się nie sprzeciwi. Jego okrucieństwo i absurdalność, maniakalność jego decyzji nie ma sobie równych w światowej historii. Te porównania, analizy i obrazy są dla mnie bezcenne.

Na koniec chciałabym jeszcze udzielić uwagę temu, w jaki sposób Kapuściński traktuje Inność. Jak już pisałam we wstępie, jego niekłamany szacunek wobec innych kultur jest niebywały dla epoki, w której nikt nie myślał jeszcze o inkluzji, szeroko rozumianej tolerancji czy poprawności politycznej. Można zaryzykować stwierdzenie, że właśnie ta postawa otwartości sprawia, że jego reportaże są tak autentyczne i interesujące. Kapuściński nigdy nie skupia się na sobie, jego postać istnieje w jego książkach w minimalnym wymiarze. Można go porównać do pryzmatu, przez który przechodzi fala świetlna. Bez pryzmatu nie zobaczylibyśmy rozszczepienia światła. Ale to właśnie rozszczepione światło przykuwa naszą uwagę, a nie sam pryzmat. Dokładnie tak samo Kapuściński jest tylko medium przekazu, a nie głównym bohaterem swoich reportaży. I jest to decyzja bardzo świadoma, powzięta w znacznej mierze na podstawie lektury Herodota:

W tym okresie jednak porzuciłem na moment śledzenie losów ludzi i wojen, o których pisał, a zająłem się jego warsztatem. Jak pracuje, co go ciekawi, jak zwraca się do ludzi, o co ich pyta, jak słucha tego, co do niego mówią? Było to dla mnie ważne, ponieważ w tym czasie starałem się poznać sztukę pisania reportaży, a Herodot wydał mi się pomocnym i wartościowym mistrzem. Herodot a ludzie, z którymi się spotyka, to było dla mnie intrygujące, jako że to, o czym piszemy w reportażach, pochodzi od ludzi, i relacja ja – on, ja – inni, jej jakość i temperatura, będzie potem wpływać na wartość tekstu. Od ludzi zależymy i reportaż jest może najbardziej zbiorowo tworzonym gatunkiem pisarskim. (8)

Tej relacji z Innym (celowo pisanym wielką literą) Kapuściński poświęcił cały zbiór esejów „Ten Inny”. Już sama nazwa jest niezwykle znacząca i dająca do myślenia, jest to bowiem literacka gra z tytułem powieści „Ten obcy” napisanej przez Irenę Jurgielewiczową. Przez długie lata (jeszcze nawet w czasie mojej edukacji w szkole podstawowej) ta wzruszająca książka, opowiadająca o Zenku, który wkracza w życie mocno zgranej paczki rówieśników była lekturą obowiązkową. Kapuściński zamienił zimne, prawie negatywne słowo „obcy” na „Inny”, co jest gestem bardzo znaczącym, wskazującym, że do Inności można i należy się odnosić z szacunkiem, a nie z zimną rezerwą. A czemu mielibyśmy ją szanować? – może ktoś przekornie spytać. Ten inny jest nieznany, więc potencjalnie niebezpieczny. Bezpieczniej i spokojniej jest otoczyć się swoim, nie wychodzić ze strefy komfortu. Komu by się to do czego przydało? W odpowiedzi Kapuściński znów powołuje się na Herodota:

Herodot zna sedentarną naturę człowieka i wie, że aby poznać Innych, trzeba wyruszyć w drogę, dotrzeć do nich, przejawić chęć spotkania, dlatego też ciągle podróżuje, odwiedza Egipcjan i Scytów, Persów i Lidyjczyków, zapamiętuje wszystko, co od nich usłyszy, a także i to, co sam zobaczy. Słowem – chce poznać Innych, gdyż rozumie, że aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać Innych, bo to właśnie Oni są tym zwierciadłem, w którym my się przeglądamy, wie, że aby zrozumieć lepiej samych siebie, trzeba lepiej zrozumieć Innych, móc się z nimi porównać, zmierzyć, skonfrontować. On, obywatel świata, jest przeciwny odgradzaniu się od Innych, zatrzaskiwaniu przed nimi bram. Ksenofobia, zdaje się mówić Herodot, to choroba wystraszonych, cierpiących na kompleks niższości, przerażonych myślą, że przyjdzie im przeglądnąć się w zwierciadle kultury Innych. (9)

Słowa te zostały napisane w 2004 roku, blisko dwadzieścia lat temu, a wydają się być aktualne jak nigdy dotąd. Przypomniała mi się na poły żartobliwa przypowieść, którą opowiedział mi jeden ezoteryk o Dziesięciu Przykazaniach. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jest ich właśnie dziesięć, a nie dwanaście? Przecież dwanaście to szalenie ważna cyfra w chrześcijaństwie. Czemu więc Przykazań jest dziesięć? Otóż tak naprawdę było ich dwanaście, tylko ludzie zapomnieli je przepisać z kamiennych tablic. I brzmiały one:

11. Myśl.
12. Nie lękaj się.

Całe zło na świecie zdaje się wynikać wyłącznie z tego bezmyślnego strachu. Jest to szalenie gorzka refleksja w roku, w którym nasz dotychczasowy świat dosłownie rozpadł się na kawałki. Ciężko jest widzieć, że odpowiedź na wszystkie nasze nieszczęścia była znana jeszcze w starożytności. A mimo to cała historia ludzkości to historia wojen, nienawiści, agresji, rozpaczy i strachu. I w momencie, kiedy już nam się wydawało, że przynajmniej w naszej części świata zrozumieliśmy wartość życia ludzkiego i już nigdy nie powtórzymy błędów naszych przodków, staliśmy się świadkami prawdziwie bratobójczej wojny.

Kiedy w tym roku przeczytałam po raz kolejny „Podróże z Herodotem”, natychmiast naszła mnie ochota na więcej dzieł Kapuścińskiego: na „Imperium”, na „Cesarza”, na „Lapidarium”. I każdy obraz, każda alegoria wydają się zyskiwać nowe brzmienie w świetle ostatnich wydarzeń. Kapuścińskiego nie ma z nami już 15 lat – zmarł w 2007 roku – a jego myśli ciągle są świeże i aktualne, jakby napisał je dziś. Oto jego kolejny cytat na temat „Dziejów”:

Bowiem książkę Greka, jak każde dzieło wybitne, trzeba czytać wielokroć – za każdym razem będzie nam wówczas odsłaniać nową warstwę, inne, niezauważone wcześniej treści, obrazy i sensy. Bo w każdej wielkiej książce jest kilka książek, trzeba tylko do nich dotrzeć, odkryć je, zgłębić i pojąć. (10)

Słów tych można z całą pewnością użyć i w odniesieniu do dzieł samego Kapuścińskiego. Przy każdej mojej przeprowadzce (których ma za sobą już ponad piętnaście) w moich skrzyniach zawsze się znajdzie miejsce na „Podróże z Herodotem”. Moje prywatne podróże z Kapuścińskim będą prawdopodobnie trwały do końca życia. To mój osobisty kompas humanizmu, a jednocześnie polskości. Piękny, literacki język polski, który opisuje Inność w sposób fascynujący i nieustannie inspirujący.

(1) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.42
(2) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.42, 79-80
(3) R.Kapuściński: „Ten Inny”, Kraków 2006, s. 12
(4) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.181
(5) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.182
(6) R.Kapuściński: „Imperium”, Warszawa 1993, s.88-89
(7) R.Kapuściński: „Imperium”, Warszawa 1993, s.103
(8) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.169
(9) R.Kapuściński: „Ten Inny”, Kraków 2006, s. 14
(10) R.Kapuściński: „Podróże z Herodotem”, Kraków 2005, s.208


ĆWICZENIE 1

Co znaczą te wyrażenia użyte w tekście? Poprawną odpowiedź możecie sprawdzić, nacisnąwszy na przycisk «odpowiedź»

  1. hołd
    odpowiedź
    oddanie komuś czci, złożenie darów
  2. śledzić
    odpowiedź
    obserwować czyjeś poczynania, iść za kimś
  3. nomen omen
    odpowiedź
    wyrażenie zwracające uwagę na to, że użyta nazwa, zwykle nazwisko, charakteryzuje omawianą osobę lub rzecz
  4. potoczny
    odpowiedź
    codzienny, zwykły
  5. szacunek
    odpowiedź
    respekt, uznanie
  6. wnikliwy
    odpowiedź
    dokładny, dociekliwy, bardzo uważny
  7. uciec
    odpowiedź
    zmienić położenie przez strach, w trosce o swoje bezpieczeństwo
  8. rozstrzelać
    odpowiedź
    zabić za pomocą broni palnej
  9. zdemaskować
    odpowiedź
    rozpoznać, odsłonić czyjąś tajemnicę [/spolier]
  10. niechybny
    odpowiedź
    taki, który/które bez wątpienia nastąpi w przyszłości, pewny w przyszłości [/spolier]
  11. skrzętnie
    odpowiedź
    skrupulatnie, dokładnie, bez omijania szczegółów [/spolier]
  12. opasły
    odpowiedź
    gruby, obszerny [/spolier]
  13. spowiedź
    odpowiedź
    chrześcijański sakrament, podczas którego wyznaje się grzechy w obecności księdza [/spolier]
  14. pokora
    odpowiedź
    cnota polegająca na okazywaniu skruchy, żalu [/spolier]
  15. ignorancja
    odpowiedź
    niewiedza, głupota [/spolier]
  16. na skinienie ręki
    odpowiedź
    od razu, na zawołanie, bez czyjegoś wysiłku [/spolier]
  17. wyzwanie
    odpowiedź
    trudny cel, do którego ktoś dąży i się w nim sprawdza [/spolier]
  18. mozolny
    odpowiedź
    trudny, powolny, ślamazarny, długotrwały [/spolier]
  19. starożytność
    odpowiedź
    epoka historyczna obejmująca okres od powstania pierwszych cywilizacji do V wieku naszej ery, inaczej antyk [/spolier]
  20. pycha
    odpowiedź
    jeden z grzechów głównych, polegający na wyniosłości, zbyt dużym ego [/spolier]
  21. jarzmo
    odpowiedź
    niewola [/spolier]
  22. wpływowy
    odpowiedź
    znaczący, decydujący o tym, co się dzieje, z dużą władzą [/spolier]
  23. od zarania dziejów
    odpowiedź
    od zawsze [/spolier]
  24. przemysł
    odpowiedź
    dział materialnej produkcji [/spolier]
  25. koszary
    odpowiedź
    budynek lub budynki, gdzie przebywa wojsko [/spolier]
  26. surowiec
    odpowiedź
    źródło, materiał, z którego coś się tworzy [/spolier]
  27. zbrodnia
    odpowiedź
    przestępstwo, bardzo poważne wykroczenie wobec prawa [/spolier]
  28. powołać się na coś
    odpowiedź
    odwołać się do czegoś, by potwierdzić prawdziwość słów, przytoczyć coś [/spolier]
  29. zwierciadło
    odpowiedź
    ozdobne lustro [/spolier]
  30. przypowieść
    odpowiedź
    krótka historia biblijna z morałem [/spolier]
  31. rozpacz
    odpowiedź
    ogromny smutek [/spolier]
  32. przeprowadzka
    odpowiedź
    zmiana miejsca zamieszkania [/spolier]

 

ĆWICZENIE 2

 

ĆWICZENIE 3

 

ĆWICZENIE 4

 

ĆWICZENIE 5

 

ĆWICZENIE 6

 

ĆWICZENIE 7

Jeśli mówimy o podróżach, warto zwrócić uwagę na fakt, że w języku polskim niektóre nazwy państw i miast znacząco różnią się od tych w języku rosyjskim. Czasami różnica może się wydawać nieznacząca, jak na przykład inny rodzaj gramatyczny przy zachowanym podobnym brzmieniu, jednak Polacy was nie zrozumieją, jeśli powiecie na przykład, że byliście w Wienie (niepoprawna forma), zamiast w Wiedniu (poprawna forma). Dlatego zacznijmy od ćwiczenia na nazwy miast. Wybrałam te, które najbardziej odróżniają się od rosyjskich nazw.

 

ĆWICZENIE 8

A teraz nazwy państw.

 

ĆWICZENIE 9

Wreszcie, mówiąc o podróżach nie można nie nazwać podstawowych przedmiotów podróżnika!